wtorek, 1 września 2009

Wspominki na koniec wakacji...

No tak jak ten czas szybko leci.
Tak niedawno żarliwie błagałam naturę o brak upałów a tu już prawie jesień nam zagląda w okna.
Noce już są zimne.
Dzisiaj pierwszy dzień szkoły a ja mam zgoła inne wspomnienia...
Pamiętam,jak przez cały rok szkolny człowiek (czytaj ja) z utęsknieniem spogladał w kalendarz,liczył ile jeszcze dni zostało do wakacji.
Dreptał ponury do szkółki izrezygnowany starał się nie usnąć na nudnych wykładach.
Niekiedy też irytował sie czego matematyk od niego chce albo chemiczka dopytuje o debilny wzór jakiegoś 3-etylo-4-metylo..czegoś tam.
A co ja encyklopedia jestem?
Niech sobie weźmie podręcznik,tam wszystko jest napisane skoro sama wczoraj widziałam!
A mnie niech zostawi w spokoju,ja czekam na wakacje.
W dodatku za brudnymi szkolnami oknami coraz częściej było piękne słońce.
Serce i dusza wyrywały się na zieloną trawkę i ławka nas,uczniów, wręcz parzyła i uwierała wszędzie.
Ale nauczyciele to wredne małpy i tortury stosowali w postaci zaliczeń, kartkówek,dyktand i testów.
I wypracowań na 6 stron arkusza kancelaryjnego!
Do dzisiaj nie cierpię pisać na żądanie!
Ale nic to wszystko co złe się kiedyś kończy i oto nadchodzi ten długo oczekiwany moment.
Jeszcze tylko ubrana na galowo wysłuchałam przemówień ministra oświaty,potem dyrektorki szkoły,odebrałam świadectwo,wysłuchałam uwag rodziców i WAKACJE!!!!!!

I co robi człowiek kiedy ma wakacje?
Ano byczy się i ma mnóstwo planów.
Po pierwsze-spać do oporu.
To znaczy do godziny 9.00.
Bo o tej magicznej godzinie brało się radio,nastawiało na full i słynna poleczka.
Szał ciał i uprzęży czyli "Lato z Radiem".
No więc brałam radyjko,wskakiwałam w stój zwany kąpielowym i szłam do ogrodu.
Młoda byłam, siksa zgrabna i szczupła to co sobie będę żałować.
Nie miałam nic do roboty więc pieliłam sobie ogródek w ramach relaksu i opalania pod palmą (no dobra pod śliwką węgierką).
I tak sobie spędzałam czas całkiem przyjemnie.
Aż tu pewnego dnia moja Rodzicielka kochana wydała mi polecenie nakopania młodych kartofelków na obiad.
Ano dobrze.
Wzięłam potrzebne akcesoria w postaci wiaderka ocynkowanego 10 litrowego,motyczkę i polazłam do ogrodu.
Wlazłam w zagon kartofli i podśpiewując sobie razem z radiem ówczesny szlagier "Sun of Jamaica" zaczęłam kopać kartofelki.
Kopię, kopię, zbieram,zbieram,już prawie mam całe wiaderko.
Upał był nieziemski,ziemia nagrzana to i byłam na bosaka co uwielbiałam.
Naraz czuję, że mi zimno w prawą stopę.
Popatrzyłam na nią ale łęty ziemniaczane mi ją zasłaniały.
Pomyślałam, że to pewnie zimne liście i dalej macham motyczką.
Naraz mój wzrok przebił się jednak przez ziemniaczane łęty.
"san of dżemejkaaaaaaa Łaaaaaaa Łaaaaa-rozdarłam się całą pojemnością płuc bo zobaczyłam smoka.
Ogromnego,nadętego,oślizłego,wstrętnego ropucha.Brrrrr
I jak nie wierzgnę nogą.
Zobaczyłam jak coś poszybowało w powietrze,przeleciało przez płoti wylądowało za płotem w trawie.
A ja z rozwianym włosem,z przerażeniem w oczach wpadłam do domu drąc się jak opętana:
-Ropucha!Napadła mnie!
-Gdzie?-zainteresowała się gwałtownie Mama.
- A tam w kartoflach!
-To trzeba było ją złapać i całować-rzekł wredny braciszek mój.
-Może to był jakiś królewicz-dodał rechocząc głośno.
-Taaaa królewicz-rzekłam obrażona-Chyba Zanzibaru bo taki czarny i wyłupiastooki!

Mama wypadła z domu i zaczęła szukać owego płaza.
Oczywiście nie znalazła i miała do mnie straszną pretensję, że jak mogłam,że jestem nieczuła egoistka, że mogłam zabić stworzonko i takie tam.
Czy muszę pisać że Maman kocha WSZYSTKIE żaby.
Żaby czyli moją zmorę.
Dlaczego zmorę?
O tym następnym razem.

Miłego dnia

12 komentarzy:

anabell pisze...

Neskavko, ciesz się,że to nie była żmija.A z ropuchami to miał przeżycie mój pies, gdy miał ze 7 miesięcy.Jako znakomity norowiec rozkopywał wszelkie norki i kiedyś dorwał się do dziurki, w której siedziała ropucha.Ropucha w odruchu obronnym szybciutko pokryła się śluzem, a moje psiątko długo jeszcze śliniło się okrutnie.Potem juz tylko stawał nad taką norką i okropnie szczekał.
Miłego, :)

AthenaErgane pisze...

U mnie było odwrotnie - moja mama nie znosiła oślizłych żab a ja "kochająca przyrodę" znosiłam jej do domu ropuchy tak jak normalne dzieci znoszą znalezione kotki i pieski. Przez moje osobliwe upodobania mama z czasem przekonała się do tych stworzeń - to znów mnie "na starość" się umieniło i jakoś mnie teraz od nich odrzuca :)

Mijka pisze...

Ty wez noooo:))))

Ja mysle, ze ta zmora, bo w koncu musialas calowac:))))))

mironq pisze...

Witaj Neskavko! Z pewnym rozbawieniem zauważam, że kobitki lubią raczej większe zwierzątka. "Mój misiu", "mój pieseczku" dość gładko przechodzą im przez usta. Faceci - odwrotnie: "ty żabciu", "ty myszko" i co jest dziwne na takie porównania kobiety wcale nie piszczą. ;-) Pozdrawiam :-)

Mijka pisze...

aha..ja jeszcze tylko powiem,że jak mieliśmy ropuchę w szklarni, to ja ją po głowie głaskałam...wyglądała na zadowoloną..na moje to był TEN ropuch!

zgaga pisze...

NO, Ty to jak w ,,Czarnych chmurach'' - przerywasz w najciekawszym momencie. Żądam natychmiastowego oświecenia w temacie ZMORY!

effka pisze...

Ja miałam żabę przy kluczach. Taką zieloną, z dyndającymi nogami rękami wyłupiastymi oczami... Pewnego dnia żaba oślepła, tzn oczy się wytarły. Mój złośliwy brat stwierdził, że to od całowania. I że żaba wolała oślepnąć niż w królewicza się zmienić...
A co do liczenia dni do wakacji, to ja zaczęłam je liczyć dopiero pracując w szkole. I to już od 1 września... Ale dziś nie policzyłam.
Pozdrawiam:)

dikejka pisze...

Ha! Pewnie, że liczyłam dni do wakacji. W szkole najtrudniej było znieść ten czas między kwietniem, a końcem roku:)

Ropuchę (nie wiem czy jedną, czy jest ich więcej) mam w ogrodzie. W ciągu dnia trudno ją zlokalizować. Wychodzi "na obchód" tylko wieczorami:)) Nie boję się i mi nie przeszkadza, tylko nie lubię zobaczyć z zaskoczenia;)
Aaaaa...i jeża mam w tym roku w ogródku, że się pochwalę;))

srebrzysta pisze...

Dziecko - biolog przyzwyczaiło mnie do różnych zwierzów, aczkolwiek żaby - tak, ropuchy - nie :-)))))

Neskavka pisze...

Anabell-nigdy nie widziałam żmiji. I dobrze bo jakoś mi z nimi nie po drodze.Wolę inne stworzonka.Bardzie miękkie i puchate.
AthenaErgane- naprawdę brałaś do ręki żabę????

Mijka-no coś Ty! W życiu!

Mironq-ja na ten temat mam trochę inne zdanie.No dlaczego panowie mówią "żabko" albo "kotku"...
Będzie notka później.

Mijka-no weź! Druga odważna! Po łebku....A oczka mrużyła?

zgaga-moment! Mam do zrobienia wiadro gruszek,wiadro jabłek i wiadro brzoskwiń.Nie mam słoików bo Cris klucz od piwnicy zabrał ze soba.A podobno to ja mam sklerozę!

Effka-taką samą żabe ma przy kluczach Tek (córa ma).
Bracia wredni są, nie?

Dikejka-mnie ropuchy nie interesują i się ich nie boję ale nie na mojej nodze w biały dzień! Brrrrr.
Jeże też mamy u Rodziców.Cała rodzinę jeży.

Kat pisze...

A ja tam żaby zawsze lubiłam straaaaaszliwie:) biegałam nawet z żabami za co wrażliwszymi koleżankami:) taka trochę chłopczyca ze mnie była:)
A teraz mamy z tatą swoją żabę w ogródku - przed słońcem chowa się pod schodami, a w zimie w piwnicy...
Jak pocałuję to dam znać czy królewicz:)

Neskavka pisze...

Kat-koniecznie napisz.
Ja ciekawski człowiek będę czekac z utęsknieniem...